1.4 Warszawa Welcome To
Cofnijmy się na chwilę do początków mojej przygody z Warszawą. A zaczęła się ona w 2012 roku, kiedy dostałem pracę jako inżynier mechanik – projektant, właśnie w stolicy w dużej zagranicznej korporacji – General Electric. Pamiętam wtedy był to dla mnie bardzo intensywny czas, czas odzyskiwania świadomości Siebie… ale o tym innym razem.
Właśnie dopiero co skończyłem dwa kierunki studiów podyplomowych. Akurat przed rozpoczęciem nowej pracy przez pół roku chodziłem na kurs języka angielskiego… A teraz w nowym mieście, nowe życie, nowe zajęcia…
Całe moje dotychczasowe życie dorastałem w przeświadczeniu z jednej strony bycia uzdolnionym, ponieważ nigdy nie spędzałem dużo czasu na nauce! (ale przyznajmy się sobie wzajemnie kto świadomie poświęcał czas na naukę w szkole) Ja po prostu uczyłem się podczas zajęć, bo słuchałem wszystkiego z największą uwagą na jaką mnie było stać. Jednak z drugiej strony wciąż byłem utwierdzany w poczuciu swojej bylejakości, w poczuciu, że jestem leniwy, mało ważny, nieistotny. Można rzec wprost, że lwem salonowym to ja wtedy nie byłem, raczej takim cieniem co kryje się po kątach.
I właśnie w Warszawie miało się to zmienić! Tyle możliwości, taka wolność! Wtedy też, ze względu na to, iż moja nowa praca wymagała komunikacji w języku angielskim, zastanawiałem się co z tym fantem zrobić… Owszem na rozmowę o pracę dobrze się przygotowałem – pisałem po angielsku wszystko, o co mógłby spytać rekruter. Co robiłem w poprzedniej pracy, dlaczego chcę ją zmienić, z kim współpracowałem i inne takie rzeczy, o które zwykle pytają.
Korpo początki
A teraz? Każdy mail, którego na początku pisałem, sprawdzałem w google translatorze, ba! Nawet pytałem kolegów, czy na pewno poprawnie piszę. Pierwszy telefon, który miałem wykonać za granicę, żeby przedyskutować sprawy projektowe napawał mnie lękiem! Ale miałem to zaplanowane, aby zminimalizować przewidywane zbłaźnienie się przed kolegami z biura! Przyszedłem wcześniej, aby zdążyć załatwić sprawę i jak najmniej uszu słyszało, jak bardzo (w moim mniemaniu) słabo mówię po angielsku.
Spytasz może co się zmieniło w ciągu 2 lat? Bardzo wiele! Jeszcze na początku przygody z Warszawą byłem ciągle w tym wyścigu: chciej więcej, rób więcej, nie leń się! I tak robiłem! Kurs projektowania inżynierskiego, język angielski oraz wiele mniejszych dzięki korporacji… A z mojej osobistej inicjatywy… Kolejne studia podyplomowe… Jeszcze wtedy mi się nie znudziły… Pamiętam na początku roku 2013 planowałem sobie w myślach.
– OK Paweł, podyplomówka się kończy niedługo, język angielski też, kurs projektowania inżynierskiego już zaliczony… To co teraz? Przecież musisz coś robić a nie lenić się!
To kluczowe pytanie właśnie zaważyło nad tym, że wybrałem się do pewnego klubu, o którym wspominał mi Wojtek – mój młodszy brat.
Toastmasters – o co tutaj w ogóle chodzi?
– Kluby Toastmasters są fajną inicjatywą – tak mówił – poznasz tam wiele osób, w sumie polecam Ci jeden konkretny klub, w którym poznałem świetnych ludzi – Toastmasters!
– Ale wiesz, że ja planuję chodzić do klubu anglojęzycznego?
– Tak właśnie wszystko się dobrze składa, ponieważ mam na myśli klub Toastmasters Speaking Elephants, który jest anglojęzyczny, ale w kontraście do innych klubów, gdzie panuje bardziej biznesowa atmosfera… W Speaking Elephants jest wręcz rodzinny, luźny vibe!
Jak zwykle musiałem temat zaplanować i sprawdzić czy to ma sens, kiedy są spotkania oraz gdzie?! Najważniejsze, żeby było blisko i nie tracić czasu! Szczęśliwie inne kluby były dalej, więc ustaliłem moje pierwsze odwiedziny w tym właśnie klubie…
Toastmasters – odrodzenie
Wtedy też i zacząłem skupiać moje wysiłki na rozwoju wewnętrznym, zrozumieniu Siebie, umiejętności komunikacji, prezentacji publicznych (znacie Toastmasters?). Przyznaję, że mój charakter i doświadczenie w pochłanianiu wiedzy prowadził mnie do ciągłego poszukiwania i dopiero dołączenie do klubu Toastmasters pokazało mi, jaką moc ma działanie! Przemówienia w klubie jak i prowadzenie spotkań lub inne role w klubie pozwoliły mi na stosowanie tej wiedzy, którą wcześniej zgłębiałem i ku mojemu ówczesnemu zaskoczeniu zaczęło to dawać dużo lepsze skutki niż samo pochłanianie wiedzy 😉
“Ludzie zapominają o tym, co mówiłeś, ludzie zapominają o tym, co zrobiłeś, ale ludzie nigdy nie zapomną, jak się przy tobie czuli.”
Maya Angelou — poetka i pisarka
To był mój pierwszy Konkurs Mów Improwizowanych… Pamiętam dobrze temat spotkania “Powrót do szkoły”. Nie miałem ani ochoty być wytypowanym, ani wychodzić na scenę i siedziałem z opuszczoną głową jak skazaniec… Wtedy usłyszałem pytanie – “Why do you wish to be a Blackboard?” (spotkania odbywały się w języku angielskim co tłumaczy się na “Dlaczego chciałbyś być tablicą szkolną?”) Nie wiedzieć czemu nie ogarnąłem od razu, co oznacza “blackboard” z angielskiego i pytam się zagranicznego kolegi siedzącego obok – “What is a blackboard?”… I wtedy usłyszałem moje imię wytypowane jako “ochotnika z widowni” 😉 Zacząłem wstawać kiedy kolega był w trakcie tłumaczenia mi, czym jest tablica szkolna… i wreszcie, kiedy wstawałem, wtedy to do mnie dotarło! Pewnym krokiem wszedłem na scenę i zacząłem przedstawienie! Soczyste dwie minuty pełnej improwizacji (oj jak ja żałuję, że to nie było nagrywane!)… Dwie minuty, po których wszyscy na sali się śmiali, wszyscy klaskali i widziałem naprawdę, że poruszyłem ich głęboko. Po spotkaniu jedna dziewczyna, która była w klubie jako gość aby zobaczyć – co to w ogóle jest Toastmasters – powiedziała, że jest pod ogromnym wrażeniem tego, że na taki abstrakcyjny temat wyszedłem i tak płynnie odpowiedziałem, z takim humorem i pewnością (jeszcze w języku angielskim). Nie powiem, byłem z Siebie wtedy bardzo zadowolony, wręcz radosny i dumny! Kiedy rok później pytałem znajomej, która prowadziła konkurs czy pamięta tamto spotkanie, to byłem szczerze zdziwiony, że pomimo tego, że sama prowadziła konkurs, to nie pamiętała tematu spotkania, ani tego co mówiłem… Pamiętała tylko, że się świetnie bawiła jak cała sala dzięki temu co odstawiłem na scenie!
Splendor i Sława!
“Będę sławny! Tak na skalę korporacji, w której pracuję!
Podszepty ambicji
Był to normalny dzień roku pańskiego 2014 w którym jak co rano obudziłem się wcześnie i bez przekonania udałem się na przystanek autobusowy linii 141 kierunek P+R Aleja Krakowska… Zaraz naprzeciwko powojskowego bloku w którym wynajmowałem mieszkanie. Jadąc do pracy naszły mnie czarne myśli…
– Ciągle to samo – powiedziałem do Siebie – Jeżdżę codziennie o tej samej porze do biura, pracuję niby to na nowych projektach ale jakby… z takimi samymi rzeczami co wcześniej zmieniając tylko kosmetyczne detale i umierając w środku od poprawek w stylu – przesuń te linie w tamtą stronę, a tamte w tamtą…
Można powiedzieć, że nie czułem żadnego celu w tym co robiłem, nie czułem ducha rywalizacji ani sensu w tym co robię… Owszem, na początku, kiedy zaczynałem pracę konkurowałem z samym Sobą, z innymi kolegami, którzy zaczynali w podobnym czasie co ja… Ale teraz? Kolejny projekt, następne zadanie, lecz ciągle to samo… Wtedy powiedziałem do Siebie właśnie:
– Chcę być sławny!… – Szybko mój wewnętrzny krytyk się odezwał z oburzeniem!
– Zwariowałeś!? – Więc dodałem jeszcze do tego:
– Chcę być sławny, tak powiedzmy na skalę mojej firmy… Tak sławny wśród dwóch tysięcy osób między którymi pracuję!
Jak stałem się sławny i wszyscy nagle mnie (po) znali?
To właśnie w tym momencie podjąłem się dążenia do celu, jakim było zdobycie sławy na miarę wielkości mojej firmy! Stojąc w autobusie o numerze 141 leniwie toczącego się Aleją Krakowską… Byłem już członkiem założycielem klubu korporacyjnego w naszej firmie i prowadziliśmy go wraz z przyjaciółmi. Nie myślałem wtedy o moim postanowieniu ani codziennie, ani nawet w ogóle, po prostu robiłem Swoje! Klub potrzebował nowych członków, jak rzeka dopływu wody z gór! Wcześniej próbowaliśmy osobiście zapraszać znajomych w pracy oraz publikować artykuły do firmowego newslettera, jednak było to niestety za mało, żeby zachęcić do uczestnictwa większą ilość osób.
Zrządzeniem losu, firma właśnie inwestowała w telewizory w całym kampusie, w każdym budynku, w każdej kuchni, na każdym piętrze… 65 cali korpo-reklam, inicjatyw, osiągnięć i innych informacji…
– Świetna okazja dla naszego klubu pomyślałem Sobie! W związku z rosnącym problemem napływu nowego narybku do klubu, podjąłem ten temat na spotkaniu zarządu klubu. Ustaliliśmy, że będziemy twarzą klubu w firmie! Pojawimy się w korpo-telewizji! Jako, że trzeba było trzymać poziom, ustaliliśmy, że robimy sesję zdjęciową i prezentację… Oczywiście w naszym kochanym PowerPoint’cie! Jedno spotkanie, trochę fotek, śmiechy chichy, w końcu trzeba się trochę rozerwać!
– OK, zdjęcia gotowe, teraz teksty! Każdy niech coś wymyśli, co mu się kojarzy z klubem. I tak pracą zespołową i amatorskim edytowaniem zdjęć oraz tekstu powstała finalnie prezentacja. Wszyscy pracownicy firmy zobaczyli nasze zdjęcia, złote myśli i informację o spotkaniach klubu. Kolega z zespołu, chyba to był Waldek albo Sławek, już nie pamiętam, który pierwszy nazwał mnie “El Presidente”( z angielskiego President of the club). Właśnie z powodu funkcji jaką miałem w klubie i tego, że tak byłem tytułowany w korpo-telewizji. Nie raz byłem w sytuacji, kiedy witały mnie osoby, których ja osobiście nie pamiętałem… Ale w końcu stałem się osobą publiczną! Stałem się sławny! A przecież, o to w tym wszystkim chodziło od początku…
